Dziennik
Dzień 7 - Prom z Nanaimo do Vancouver
Wspaniała noc w domu Sharon, ale poranek rozpoczął się nieciekawie ze względu na pogodę. O godzinie 8 rano byłem praktycznie gotowy do drogi, miałem do przejścia ze 30-coś kilometrów bo o godzinie 20 miałem prom z Nanaimo do Vancouver. Niestety, była wielka mgła, widoczność z 50m, a musiałem iść trochę po drogach, szkoda ryzykować więc zdecydowałem się poczekać.
Godzina 9, to samo, mgła.
Godzina 10, już lepiej, coraz cieplej więc powoli zniknęła, byłem już ubrany więc w każdej chwili mogłem ruszyć.
Po 10:30 wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na to samo miejsce gdzie skończyłem wczorajszy dzień, w końcu chcę przejść całą Kanadę bez oszukiwania samego siebie. Początek był prosty, po drogach, przez miasto. Co ciekawe, ludzie zatrzymywali się i uśmiechali, wczorajszego dnia pojawiła się przecież wiadomość na facebooku, która obiegła miasteczko! Sam burmistrz przecież do mnie pisał! Więc idąc do Tim Hortons tuż przy autostradzie dużo ludzi wiedziało kim jestem i co robię.
Kolejny odcinek był po autostradzie, jak się okazało względnie bezpieczny bo na części była betonowa ściana, w innej części były duże pobocza. W sumie po tej autostradzie nie było dużo do przejścia, szedłem tylko do momentu gdzie tory kolejowe przechodzą pod droga na lewą stronę, coś koło 3km. Był to prosty odcinek, było ciepło, psychicznie czułem się wypoczęty.
Po torach kolejowych zdecydowałem, że będzie najbezpieczniej. Szlak Trans Kanada Trawl z tego co się dowiedziałem nie ma jednego mostu, poza tym jest on źle oznaczony w tym miejscu, bardzo ciężko się nawiguje. Po torach jednak było szybciej i bardziej prosto. Te kilometry się dłużyły i dłużyły, miałem przecież dotrzeć do godziny 20 pod prom! Zdecydowałem zupełnie ograniczyć przerwy do minimum, również nie jadłem obiadów bo gotowanie trochę trwa, nawet do 20 minut na jedzenie.
Po torach w sumie nudno, ale doszedłem do Nanaimo Airport, na stacji kupiłem sobie batonika czekoladowego i pół litra do picia, wody oczywiście ï© I w drogę! Kilkanaście kilometrów do przejścia!
Idę, idę, idę i nagle tablica - NANAIMO! Tak! Dotarłem! Tory jeszcze z kilometr i wszedłem na ulice. Nogi bolą, trochę ciężko iść. Ale już w mieście, 9km do promu, godzina 17. Szedłem jakimiś mniejszymi ulicami, na stacji znowu na szybko coś do picia i biegiem do promu. Było już ciemno i morale poszły w dół. Ten odcinek był już dość trudny, nawet wiedząc, że już tak blisko, nogi paliły coraz bardziej i bardziej każdym krokiem, ale trzeba pędzić, nie chciałem przecież zostać na noc..
2 kilometry od promu już byłem pół przytomny, prawie biegłem na ten prom, a już 19:30. I co się okazało? O 20 byłem już na parkingu, ale wiedziałem, że prom jest o 21, pracownik mi to powiedział. Odetchnąłem dopiero w terminalu. Zdążyłem! I miałem godzinę zapasu tak na wszelki wypadek. Prom był niezwykle wygodny, cały rząd siedzeń miałem dla siebie więc się rozłożyłem, jak widać na filmie. Trochę pogadałem na filmie, a tak to słuchałem muzyki i spałem. Nogi paliły żywym ogniem, ale to szczęście, że zaraz będę w Vancouver! Bezcenne!
Na promie poznałem bardzo ciekawą osobę, artystkę - pozdrowienia dla Liv! Było niezwykle miło, mimo tego w jakim byłem stanie. Na brzegu w Vancouver jeszcze była okazja porozmawiać i spotkałem się z Panem Zenonem oraz Panem Januszem, do którego miałem jechać na noc. Cóż to był za wieczór, ciepła pizza, pranie i totalna regeneracja! Ten uśmiech na twarzy mówił wszystko!! Byłem gdzieś, ale nie wiedziałem gdzie, znałem tylko nazwę miejscowości - Squamish. Ale czy to ważne? Wszyscy mówili po polsku, byłem u swoich!
Specjalne podziękowania dla Pana Zenona, Pana Janusza i Pana Jurka za ogromną pomoc w Vancouver, organizację mojego czasu, pomoc w organizacji wyprawy i za te wszystkie drobne rzeczy, które ułatwiły moją wyprawę!